Puchar Króla - warto było?
Dzisiaj podopieczni Franciszka Smudy rozegrali trzeci, ostatni mecz podczas Pucharu Króla. Rywal był równie egzotyczny, co nazwa turnieju dla przeciętnego europejczyka, bowiem rozgromiliśmy Singapur (110 miejsce w rankingu FIFA) 6 : 1.
W chwili pisania tego wpisu nie wiem(y), jakie miejsce przyszło nam zająć podczas tego turnieju, niemniej biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki i fakt, że na zakończenie Duńczycy (2 wygrane) grają z Tajlandią (1 porażka z nami i 1 wygrana z Singapurem), to z całą pewnością możemy powiedzieć, że tego turnieju nie wygraliśmy. Jednakże nie zajęte miejsce w tym pucharze ma być przedmiotem rozważań, ale to - czy w środku srogiej u nas zimy i początku przygotowań zawodników do sezonu warto wybrać się było do dalekiej Azji?
Z punktu widzenia ostatniego spotkania, co prawda wygranego aż 6 do 1 można powiedzieć, że ta eskapada (oprócz działaczom PZPN), nie przyniosła nikomu żadnego pożytku. Pierwsza połowa meczu z Singapurem była bardzo smętna. Praktycznie mogło dość do sytuacji, gdzie przeciwnik zdołałby wyrównać stan meczu na 2:2, gdyby nie wybicie z linii bramkowej przez jednego z obrońców. A dokładnie niejaki Ishak próbował przelobować naszego bramkarza (Przyrowski fatalnie wybijał piłkę) z ok. 40 metrów i tylko skuteczna interwencja Glika uchroniła nas od żenującej utraty gola.
O dziwo nawet Smuda nie szalał przy linii boiska, tylko siedział na ławce przyglądając się (miałem wrażenie) bardziej swoim spodnią niż zawodnikom. Z przebitek oczywiście widać było kilkukrotnie uśmiechy poirytowania, kiedy nasi zawodnicy nie potrafili wykorzystać licznych sytuacji sam na sam (popularnych setek) z singapurskim bramkarzem, mierzącym może ze 170 cm w kapeluszu…
Pod względem sportowym rywal najdelikatniej mówiąc nie był wymagający, a co bardzo mnie zaskoczyło w drugiej połowie piłkarze Singapuru całkowicie opadli z sił. A wydawało mi się, że na tle naszych reprezentantów słabej fizycznie wypaść już nie można, a jednak o zgrozo myliłem się…
Z tego spotkania warto też zapamiętać, że arbiter podyktował aż trzy rzuty karne dla naszej drużyny. Dwa pierwsze z nich, jak najbardziej zasłużone, trzeci bardzo dyskusyjny. Warto też dodać, że w tym spotkaniu nieco pomógł nam bramkarz przeciwnika, któremu piłka przelatywała pomiędzy rękami (strzał Brożka), albo odbijała się od pleców. Przy tej drugiej kuriozalnej bramce Małecki chciał najprawdopodobniej dośrodkowywać. Biorąc pod uwagę sytuację tego zawodnika z około 80 min. kiedy z trzech metrów przeniósł piłkę ponad poprzeczką, można domniemywać, że przy bramce, która zdobył, piłka kolokwialnie mówiąc mu nieco zeszła….
Dla porządku odnotujemy strzelców bramek:
Robert Lewandowski 26 min. - karny, oraz 37 min., Maciej Iwański 45 min. - karny, Piotr Brożek 69 min., Patryk Małecki 80 min., Tomasz Nowak 88 min. karny.
Co do sensu turnieju…. Ktoś może powiedzieć, że przecież Duńczycy (wszak to poważany naród) też tam byli. Tyle tylko, że również ich reprezentacja składała się z zawodników grających w lidze, a do tego ponoć Duńczycy nie traktują spotkań rozegranych w ramach tego turnieju, jako oficjalne mecze międzypaństwowe… Dla mniej zorientowanych w temacie dodam tylko, że PZPN traktuje i będzie traktował tego typu pojedynki (bo prawdziwym meczem piłki nożnej ciężko to nazwać), jako oficjalne mecze międzypaństwowe. A wszystko za sprawą umowy, jaką ma z firmą Sportfive, której sprzedał w kwietniu 2009 r. prawa telewizyjne i marketingowe na 10 lat. Otóż umowa jest tak skonstruowana, że tylko za oficjalne mecze międzypaństwowe PZPN dostanie pieniądze, bowiem tylko takie spotkania gwarantują, że mecz zostanie pokazany w telewizji.
Zatem pod względem sportowym nie było sensu wybierać się na tego typu turniej. Bezbarwne mecze z Tajlandią, czy Singapurem niczego nowego na 99% nie wniosły. Ci, którzy twierdzili, że nasza krajowa piłka jest na poziomie drugiej, trzeciej ligi światowej jedynie mogli się w tym tylko utwierdzić. Jedyny wartościowszy przeciwnik to reprezentacją Danii, z która przecież mogliśmy się zmierzyć, gdzieś w Europie, np. na Cyprze.
Zaczyna smucić fakt, iż także trener Smuda z tego, co czytam w prasie stał się zwolennikiem tej wyprawy (kiedy wejdziesz między wrony…), bowiem jak argumentuje mógł dotknąć każdego z piłkarzy, których powołał, a i jego przerwa w pracy nad reprezentacją mogła zostać dzięki temu turniejowi skrócona… no cóż, ja sądzę, że te argumenty są bardzo miałkie, a degrengolada i dewaluacja pojęcia reprezentant będą nadal postępować.
Podobne wpisy:
- Niedzielny poranek z Danią Wszyscy Ci, którzy włączyli telewizory w niedzielny poranek na TVP1 chcąc zobaczyć teleranek (nie...
- Odan Mbaga z Tanzanii Po meczu z Tajlandią podczas Pucharu Króla być może jedynie, co zapamiętamy to sędziego...